Piątego sierpnia 2005 roku o godzinie 20.00 na programie TVP3 leciała krótka "informacja" o schronisku w Sycenie, stworzonym przez kobietę, która poświęciła wiele dla zwierząt (psów, kotów i koni). Teraz kilka osób próbuje zamknąć jej interes i do lokalnego schroniska wziąć 20 psów, po czym resztę (110 psów, 40 kotów i obecnie jednego konia) uśpić, powiedział tak weterynarz z Sycyny. Według niego pani Wanda Jerzk już się „nachapała” więcej psów przyjąć nie mogą. Jednak burmistrz próbuje zapanować nad sytuacją. Toczą się spory i nie wiadomo czy wygra pani Wanda próbująca obecnie ze strachem znaleźć dla swych podopiecznych kochające rodziny, czy też bezlitośni ludzie po stronie weterynarza, którzy kiedyś suczkę w ciąży (należącą do schroniska pani Wandy) wrzucili do kotła z gotującą się karmą. Jeśli masz serce to proszę, chociaż o podanie tej informacji dalej i powiadomienia znajomych! Dziękuję i przy okazji zapraszam do pomocy przy schronisku. Informacje pod mailem: amenke@wp.pl lub gg. 3787196 i 5768010 lub numerem komórkowym 691549108 Jeśli ktoś chce pomóc lub porozmawiać na temat adopcji niech dzwoni i pisze. Jeszcze raz dziękuję.
P.S. Pomoc bardzo mile widziana! Zainteresowani - Piszcie!
Wiersze!
Napiszcie jeden albo więcej wierszy i zamieście tutaj albo przyślijcie mi: amenke@wp.pl Wygraja dwie osoby!! Do roboty! To nie takie trudne!
WAKACJE
Już mamy wakacje! Napiszcie więc pomysł na najlepsze spędzeinie wakacji i napiszcie tu albo wyślijcie na amenke@wp.pl !! Zapraszam! Nagrody dla czterech osób!!
!MUZYKA!
Interesujesz się muzyką? Napisz tekst piosenki, najciekawsze zostaną nagrodzone tapetami i muzyką anime i nie tylko! ZAPRASZAM
Oto moja trzecia książka:
Prolog
Dawno temu, kiedy na świecie nie było jeszcze ludzi, a ziemię pokrywały morza i lasy, po których chodziły zwierzęta, Bóg Apolegiusz stąpił z Krainy Niebios by stworzyć istoty rozumne, które żyłyby na pustej planecie. Wypowiedział, więc życzenie i na polanie przed nim stanął mężczyzna podobny do niego. Jego czarne włosy spływały na ramiona, a duże, rozumne oczy w kolorze indygo patrzyły na swego stwórcę. „Nazwę cie Alfa, czyli pierwszy” rzekł Apolegiusz i wyciągnął ręce by przytulić swego syna. Niestety, bóg musiał wrócić do swego królestwa, by naradzić się z innymi bogami, powiedział, więc Alfie jak ma żyć i stworzył mu dom, w którym człowiek mógł mieszkać.
Apolegiusz obserwował z Królestwa Niebieskiego swego syna. Alfa ze wszystkim dawał sobie radę, miał łagodne usposobienie i pewnego dnia zagnał kilkanaście różnych zwierząt do wielkiej zagrody tworząc zoo. Jednak bóg wiedział, że spędza z nim za mało czasu i że Alfie przydałoby się towarzystwo. Zszedł, więc Apolegiusz na ziemię i zwrócił się do swego syna „Potrzebne ci towarzystwo, więc stworzę istotę podobną do nas, a zarazem inną”, tak też się stało. Na trawie obok nich uklękła kobieta o długich złotych włosach sięgających pasa, pięknych zielonych oczach i jasnej, delikatnej skórze. „Ty jesteś Beta, czyli druga i to ty urodzisz następstwo ludzkie i matką będziesz wszystkich ludzi”.
I tak Alfa i Beta żyli razem przez trzy lata pomagając sobie i dogadzając. Jednak pierwszego dnia wiosny, gdy miało się odbyć święto „Powstania Ludzi”, bóg Apolegiusz poczuł niepokój, więc ruszył na ziemię, zatrzymała go jednak Izydora, która chciała zasięgnąć kilka rad na temat zwiędłej ludzkiej róży. Udzielił jej kilku wskazówek i ruszył do Azgodu, czyli kraju jego dzieci. Gdy dotarł na ziemię z przerażeniem zobaczył, że dom ludzki stoi w płomieniach. Beta, widząc swego ojca podbiegła do niego ze łzami w oczach i opowiedziała całe zdarzenie, „Potem Alfa poszedł z Haronem przez wielkie, czarne wrota” łkała wtulona w niego.
Apolegiusz ugasił pożar i wypuścił z wybiegu rozszalałe zwierzęta. Następnie z pomocą innych bogów wykuł srebrny pierścień ze światła i chmur, który umieścił na palcu swej córki, mówiąc „Od tej pory, ty i twoi potomkowie musicie bronić Azgodu przed Haronem i Alfą, który teraz zwać się będzie Omega, czyli ten, który zdradził. Ten pierścień chronić będzie was i całą ludzkość przed ich furią i gdy potrzebować go będziecie, wymówcie jego imię Silvus, a on odpędzi zło z podziemi” spojrzał na roztrzęsioną kobietę i dodał po chwili, „Na wszelki wypadek zamkniemy wrota do Glorii by sam Haron nam nie zagrażał”. Beta spojrzała na boga i kiwnęła głową na znak zgody, po chwili zbliżyła się do nich Darina i dotknąwszy jej brzuch rzekła, „Tak oto jesteś w ciąży i urodzisz trzech synów z jednego i trzy córki z jednej, a oni stworzą ród Azgodzki”.
Inni bogowie słysząc o zagrożeniu, stworzyli istoty odmiennych ras, których zliczyć nikt nie był w stanie, gdyż było ich tyle ilu jest bogów. Po roku jednak, gdy one wszystkie nauczyły się żyć na ziemi, a Beta urodziła potomstwo, bogowie wrócili do Królestwa Niebieskiego, zostawiając swoim dzieciom pomniki ku czci w świątyniach, w których znajdował się kawałek ich duszy, by mogli dokładnie wiedzieć, co dzieje się na ziemi. Apolegiusz natomiast, stworzył Zamek Niebiański, w którym żyła jego córka wraz ze swoim następstwem, a Silvana złożono w jego świątyni w zamku, w której Beta modliła się, co chwile do posągu boga.
W ten sposób mijały lata, a Haron wrzał w gniewie. Jednak nie tracił nadziei, gdyż wiedział, że Alfa, zwany Omegą jest na powierzchni w świecie żywych i nie spocznie póki nie oswobodzi swego pana. Rzucił, więc na niego czar wieczności i Omega będzie żył, póki nie uwolni Harona z jego królestwa.

Jeśli chcecie poznć szczegóły to zapraszam: www.krowy.mblog.pl/163710,komentarze.html
To jest druga moja książka pt. "Smoczy Skarb"
Opis: Smoki to stworzenia, o których opowiadamy przed zaśnięciem dzieciom. Tym razem jednak nie jest to taka zwykła bajka na dobranoc.
Smoki rzadko zapuszczały się w miejsca zamieszkane przez ludzi, jednak od pewnego czasu coraz częściej można zobaczyć je w pobliżu wysp, a także coraz częściej widać wraki statków spustoszonych przez nie. Wielu ludzi twierdzi, że czegoś szukają i nie dadzą ludziom spokoju, jeśli tego nie znajdą.
Meer jest z pozoru zwykłą piętnastolatką, jednak jej rodzice coś przed nią ukrywają, a ona to czuje. Wszyscy w jej otoczeniu dziwnie się czują, gdyż jej oczy są w kolorze żółci i mają kocie źrenice. Po pewnym czasie dziewczyna odkrywa, że jest adoptowana, a także, że ma dziwny związek z zatonięcie najznakomitszego statku łowców smoków, „Smoczycy”, oraz z napaściami smoków. Czy Meer odważy się stawić czoła smokom, oraz ludziom, których uważała za pobratymców? Czy uwierzy w fakt, że jest bronią wykradniętą smokom, że jest smoczym skarbem?
A to jest prolog:
Był piękny i pogodny poranek. Morze łagodnie wznosiło się i opadało, a wraz z nim duży okręt w kształcie smoka. „Smoczyca” płynęła do portu w Dakarze i wyglądało na to, że smoki już odleciały i rejs zakończy się szczęśliwie.
Nagle powietrze rozdarł przeraźliwy wrzask, od którego włos się jeżył na głowie i z tym odgłosem zniknęła wszelka nadzieja na bezpieczną wyprawę. Na pokładzie zapanowała wrzawa, wszyscy kłębili się i ustawiali do pozycji obronnych. Kilka ogromnych kształtów zawisło nad pokładem, a jeden z nich pochwycił wielką łapa człowieka i zjadł rozrywając na strzępy i rozrzucając wszędzie jego wnętrzności.
Jakaś kobieta z tobołkiem przebiegła niepostrzeżenie na tył statku gdzie czekała mała łódka. Powietrze rozdzierały krzyki ludzi i latających bestii, morze wzburzyło się, a wyspa w oddali przestała przybliżać. Kobieta szybko usiadła w łodzi i położyła na jej dnie tobołek. Potem pożegnała się z marynarzem, który spojrzał na nią ze smutkiem i pobiegł w sam środek bitwy wydając rozkazy. Nieznajoma spuściła łódź na niespokojne wody, po czym zaczęła wiosłować. Gdy odpłynęła od okrętu, ten pomału tonął. Pozwoliła sobie tylko na jedna łzę, a następnie powiosłowała do brzegu. Niestety, nie było jej dane dopłynąć do portu w Dakarze, jeden z potworów zauważył małą łódkę i z rykiem poleciał w jej stronę. Kobieta zauważywszy to chwyciła w objęcia tobołek i spojrzała na małe dziecko spoczywające w nim, po czym ułożyła je w skrzynce w łódce i wskoczyła do wody z tobołkiem jedzenia by odwrócić uwagę bestii od łódki. Potwór złapał przynętę i znurkował w jej stronę. Gdy mała łódeczka dobiła do brzegu piaszczystej plaży z dala od zamieszania, kobieta spojrzała w jej stronę ostatni raz, po czym z łzami w oczach została rozszarpana na kawałki przez ogromne zębiska. Zjadłszy ją potwór spojrzał na zawiniątko, z którego wysypało się jedzenie, zawył przeraźliwie rozchlapując w wodzie odbicie Smoka.
W małej łódce rozległ się płacz, który wiatr doniósł do mężczyzny wracającego ze zbiorów. Usłyszawszy płacz dziecka, farmer pobiegł nad plażę i zajrzawszy do łodzi znalazł płaczące dziecko. Zdziwiony spojrzał na morze i ujrzawszy widok, o którym wolałby zapomnieć, przytulił dziecko do piersi i pobiegł, co sił do swego wozu, a następnie na swą farmę.
KSięga 1 :"Prawda czy fałsz" i "Smok"
Rozdział 1
- Tyle razy ci mówiłam, żebyś nie kładła wiadra z jedzeniem dla koni koło chlewa, bo świnie wszystko zjedzą! – Krzyczała pulchna kobieta w fartuchu z przewiązaną na głowie chustą, spod której wymykało się kilka pasemek siwych włosów.
- Przepraszam mamo, zamyśliłam się – bąknęła dziewczyna w szarych spodniach, brązowej bluzce i butach do konnej jazdy.
- Zamyśliłaś się! – Odpowiedziała tamta, po czym widząc, że dziewczyna odgarnia kosmyk swych lśniących, kasztanowych włosów, co znaczyło, ze jest bliska płaczu, uśmiechnęła się – No dobrze dziecko, tylko nie płacz. Każdemu może się zdarzyć, mimo iż tobie chyba już setny raz. A teraz idź do ojca i zrób kolację.
Dziewczyna kiwnęła głową na znak pokory i pobiegła do domu z buntowniczymi myślami, które starała się poskromić od dłuższego czasu. Przed progiem przystanęła i spojrzała na swoją matkę, „Są starzy i mają tylko mnie”, pomyślała o rodzicach i o farmie, przy której trzeba się było namęczyć. Wszedłszy do domu wytarła buty i krzyknęła „dobry wieczór”.
- Witaj kochanie – odpowiedział siwobrody mężczyzna, gdy weszła do jadalnio kuchni.
- Cześć tato, jak tam kominek? Nadal są problemy? Bo jeśli tak, to pan Adam mówił, że może nam pomóc. – Zwróciła się do ojca, szukając jednocześnie herbaty.
- Meer, tyle razy mówiłem ci, że nie potrzebuję pomocy tego starego zrzędy! – Burknął.
- Ty też jesteś starym zrzędą Mariuszu – wtrąciła się kobieta stając w progu.
- Ależ Marto! – Staruszek udał oburzenie.
- Kochanie, co się tak guzdrzesz? – Marta zwróciła się do córki. - Nie dość, że świniom końskiego żarcia nie żałuje to jeszcze chce, żebyśmy i my z głodu poumierali! – Zaśmiała się.
Meer, zarumieniła się i szybko nakryła do stołu jednocześnie pilnując by nie przypiec jajek. Gdy wszystko było gotowe, dziewczyna usiadła z rodzicami, którzy przez cały czas żywo dyskutowali na temat piecyka i pana Adama. Ona natomiast myślała o swoim wciąż rosnącym temperamencie i roztrzepaniu, „Jeśli tak dalej pójdzie to będę im tylko przeszkadzać, powinnam wziąć się w garść” pomyślała. „Tylko, że tamten głos we mnie ciągle mnie buntuje”, dłubiąc w jajku i opierając się łokciem o stół patrzyła przez okno na zachodzące słońca. Alicja i Bard wyglądali na szczęśliwych, chowając się pod kołdrę z morza, westchnęła i zaczęła sobie wyobrażać, co by się zmieniło w jej życiu gdyby była słońcem A ludzie podziwialiby ją mówiąc, „Patrzcie to jest Meer, wzeszłaby znów nam świecić! Jaka cudowna dziś jest”. Gdyby ona mogłaby być słońcem takim jak Alicja, to…
- Dziewczyno na litość świętego Durnika, co ty wyprawiasz? – Z zamyślenia wyrwał ją głos matki – To ma być jajko a nie papka jajczana! – Powiedziała sfrustrowana Marta.
- Rozkojarzona nam się robi, a musi uważać, bo jutro do szkoły idzie i nie chcielibyśmy mieć pani Pikli – odezwał się mężczyzna.
Dziewczyna przeprosiła i zabrała się za zmywanie naczyń. Gdy wreszcie znalazła się w łóżku, chwyciła pamiętnik i opisała dzisiejszy dzień.
Może jutrzejszy dzień będzie lepszy?
Zapisała na końcu, po czym położyła się spać z obawą przed jej snami. W tym samym czasie wielka bestia wyszła ze swej pieczary w górze Skalnej i poleciała na poszukiwanie.
„- Weź ją i uciekaj! Widziałem w oddali smoki! Nie mogą was dostać! – Krzyczał jakiś mężczyzna.
- Nie zostawię ciebie – odpowiedziała ze łzami w oczach niewiasta.
- Nie mogę iść z wami kochanie, to mój statek i nie mogę go zostawić.
- Ale… - Rozległ się głośny wrzask i cały statek zatrząsł się.
- Kapitanie! Smoki! Trzy smoki! Jesteśmy zgubieni! – Zawołał jakiś marynarz.
Mężczyzna spojrzał na swą żonę, po czym osłaniając ją wybiegł na pokład gdzie ludzie ginęli. Zaprowadził ją na tyły i pomógł wejść do łodzi, następnie podał jej mały tobołek, który ona odebrawszy położyła na sianie na dnie łodzi. Kapitan statku chwycił ją w objęcia i ruszył w sam środek toczącej się krwawej bitwy. Jego żona spuściła łódź na spienione morze, po czym zaczęła wiosłować do wyspy majaczącej w oddali. Gdy była już bardzo blisko wyspy, spojrzała na statek, który tonął, po jej policzku spłynęła samotna łza. Nagle powietrze rozdarł ryk, od którego kobieta zadrżała, w ich stronę leciał ogromny gad. W panice niewiasta chwyciła tobołek i spojrzała na dziecko, które pochlipywało.
- Niech cię Bogowie w opiece swej mają – powiedziawszy to włożyła dziecko do skrzynki, z której zabrała paczkę z jedzeniem i wskoczyła do wody zostawiając łódkę z dzieckiem na pastwę fal płynących w stronę brzegu. Gdy łódź była bezpieczna, kobieta załkała, po czym z niemym przerażeniem, a także żalem na twarzy została rozszarpana przez potwora. Gdy bestia uporała się z nią spojrzała na pakunek, z którego wydostało się jedzenie i w bezradnej wściekłości zaczął młócić ogonem wodę…”
Meer obudziła się z krzykiem.
- Kochanie, co się stało? – Wbiegła jej matka a za nią dreptał Mariusz.
- Mamo! Znowu! Znowu, ten sen! – Nie mogąc się powstrzymać wtuliła się w Martę.
- Spokojni słoneczko moje, to tylko sen…
- Ale te sny robią się coraz bardziej realne!
Dziewczyna za każdym razem, gdy kładła się spać miała nadzieję, że tym razem nic jej się nie przyśni. Jednak zamiast zanikać, tajemnicze sny stawały się z każdym dniem coraz bardziej realne. Śniła w nich o smokach i tajemniczej kobiecie, za każdym razem całe zdarzenie nabierało kolorów. Tym razem do jej snu zostało dołączone dziecko… Dziecko!
- Matko! W tym śnie było jakieś dziecko! Ta kobieta, o której opowiadałam była z dzieckiem. Gdy smok ją pożarł, jej dziecko dryfowało w łódce! – Spojrzała na nią – Czy nikt ostatnio nie znalazł tu żadnego dziecka w łódce?
- Ależ młoda damo! To tylko sen! Nawet nie myśl o tym – Kobieta spojrzała na nią surowo, lecz zaraz powiedziała łagodniej – Nie przejmuj się tym. To tylko sen, o którym powinnaś zapomnieć. Nawet nie myśl o szukaniu dziecka albo wertowaniu gazet – Po chwili wahania dodała – Kochamy ciebie moje słoneczko, nie zapomnij o tym. – Uśmiechnęła się smutno i pocałowała córkę w czoło. Gdy dziewczyna się ułożyła, Marta wyszła z mężem z pokoju i udała się do saloniku.
- Ona kiedyś dowie się prawdy Marto i będzie miała do nas żal, że jej nie powiedzieliśmy, tylko trzymaliśmy w niewiedzy – Odezwał się Mariusz – Wiesz to.
- Tak Mariuszu, wiem. Jednak pokochałam ją jak córkę i boję się ją utracić.
- Musimy się na to przygotować. Ona nie jest zwykłą dziewczyną, była przecież niemowlakiem, gdy ją znalazłem, a w jej snach wszystko jest identyczne z tym, co widziałem. Smoki jej szukają, „Smoczyca” utonęła, by ją ratować, nawet jej rodzice poświęcili swe życie dla niej – zamilkł na chwilę – Jej rodzice, nie byli zwykłymi chłopami, którzy zaciągnęli się na statek. Lady Gloria i pan Fryderyk byli szlachcicami, a oddali życie za dziecko, które śmiemy uważać za swą córkę.
Marta ze smutkiem spojrzała przez okno, wpatrując się w Karola, tej nocy świecił bardzo jasno, jakby obce mu były ludzkie kłopoty i smutki. Westchnęła i przytuliła się niespodziewanie do męża.
- Żałuję, że to się stało, mogło być tak wspaniale. Ona miałaby rodziców i żyła w szczęściu, a my… - Zawahała się – Może mielibyśmy dziecko.
- Wiesz dobrze kochanie, że nic nie zastąpiłoby nam Meer. Nie teraz, za bardzo ją pokochaliśmy.
- Meer… - Uśmiechnęła się smutno – Kiedyś będziemy musieli oddać jej wszystko, łącznie z wiedzą, oraz jej imieniem. – Przytuliła się mocniej do Mariusz i razem z nim zapatrzyła się w ogromny księżyc.
Do pokoju przez okno wpadało światło obydwu słońc, a w oddali słychać było pianie koguta. Do pokoju weszła Marta.
- Obudź się śpiochu, bo do szkoły się spóźnisz. Dziś jest ostatni dzień przed wakacjami, zapomniałaś?!
Kołdra na łóżku poruszyła się i po chwili wynurzyła się spod niej Meer. Dziewczyna ziewnęła i nieprzytomnie spojrzała na matkę, dopiero po przeciągnięciu się dotarło do niej znaczenie jej słów.
- Szkoła! – Otrząsnęła się zupełnie, po czym szybko się ubrała i zbiegła na śniadanie. Jej ojciec siedział przy stole i czytał gazetę.
- Cześć papo – pocałowała go w czoło – Gzie jest Dżuma?
- Gdy szłam po ciebie była na dworze pod Dębem – odezwała się matka rozczesując jej włosy.
Po zjedzeniu śniadania Meer chwyciła torbę i wybiegła na dwór machając rodzicom. Poszła do stajni i osiodłała Betę, po czym wsiadła na nią i pojechała do szkoły. Postanowiła skrócić sobie drogę przez polanę, na której rósł Dąb. Nie był to jednak taki zwykły dąb, był najstarszym drzewem na wschodniej części wyspy i rósł na terenach należących do jej rodziców, Bedlamów. Przed drzewem zwolniła i rozejrzała się czujnie, gdy zauważyła ruch w krzakach gwizdnęła przeciągle. Z zarośli wybiegła ogromna, czarna wilczyca, miała pół metra w kłębie, długie białe kły i ostre pazury. Wilk podbiegł do dziewczyn i polizał wyciągniętą dłoń, mimo iż był drapieżnikiem nie tknąłby Meer, która była jego panią. Dziewczyna znalazła wilczycę, gdy ta była jeszcze mała, jej matka nie żyła, a maleństwo było samo i bezbronne, więc Meer zabrała ją do domu i wychowała. Po pewnym czasie okazało się, że Dżuma należy do bardzo unikalnej rasy wilków zwanej Skalną. Teraz wilczyca biegała swobodnie nigdy nie polując bez zgody swej pani i uzyskując poparcie ludzi, do których często zaglądała na farmy.
- Jak się masz dziewczynko? – Wilczyca zamerdała ogonem i spojrzała na dziewczynę swymi mądrymi oczami.
- To dobrze, a teraz ścigamy się do szkoły! – Zaśmiała się i ruszyła kłusem na grzbiecie Bety, która ani trochę nie bała się wilczycy, wręcz przeciwnie, często ją zaczepiała.
Gdy Meer dotarła do szkoły, lekcje pomału się zaczynały. Dziewczyna zsiadła z klaczy i zaprowadziła ją do stajni, po czym pobiegła do szkoły, wilczyca natomiast usiadła pod cieniem małej sosny i ziewnąwszy zaczęła wpatrywać się w drzwi budynku.
W tym samym czasie po drugiej stronie wyspy, wielka bestia złożyła skrzydła by zagłębić się w ciemnej pieczarze. Po całej nocy natknęła się jedynie na sarnę, to, czego szukała bardzo dobrze się ukrywało i to kilkanaście lat, niedługo znów będzie musiała zmienić wyspę, lecz czuła, że tym razem jest bliżej celu niż dotychczas. Jej pan jednak niecierpliwił się, musiała się pośpieszyć.
- Znajdę ciebie gdziekolwiek jesteś – odezwał się głos w ciemności, Smoczyca wypluła kości sarny, po czym ułożyła się do snu.
Lekcje skończyły się po czterech godzinach, nie były tym razem niestety zbyt wyczerpujące, gdyż dzieciaki z wrzaskiem i piskiem wybiegły ze szkoły. Zaczęły się wakacje, co znaczyło więcej wolnego czasu, jednak nie wszyscy mieli go tak dużo ja inni. Meer wiedziała, że będzie musiała pomagać rodzicom, poszła po Betę i ruszyła do domu, wilczyca dreptała za nią posłusznie.
- Hej! Meer, poczekaj! – Podjechała do niej dziewczyna na kasztanowej klaczy. Miała dwa, rude, długie warkocze i mnóstwo piegów. – Chyba nie masz zamiaru pomagać rodzicom przez całe trzy miesiące? – Zaśmiała się – Myślałam, że skoczymy nad jezioro albo jeszcze gdzie indziej kotku. – Kotek… tak ją przezywano, gdyż miała żółte oczy z wąskimi, kocimi źrenicami. Ci, którzy jej nie lubili mówili na nią, że jest przeklęta, bo takie oczy widuje się u smoków. Jednak ostatnio stanęło tylko na kotku.
- Nie wiem, moi rodzice nie są tak sprawni jak wasi, musze im pomagać – Odpowiedziała cicho, dojechało do nich dwóch chłopaków, jeden z nich jechał na młodym siwku, a drugi na siwej klaczy. Byli to bliźniacy z farmy Gorgona. – I co Kasia? – Zapytał się jeden z nich rudowłosej dziewczyny. – Może? – Zapytał drugi.
- Powiedziała, że ma za dużo pracy i musi pomagać rodzicom – odpowiedziała Kasia.
- Może jej pomożemy? – Zapytał ten na klaczy.
- To świetny pomysł Piotrze – wtrącił się drugi.
- Dziękuję Pawle – Piotr wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Postanowione! – Wykrzyknęła rudowłosa –Będziemy ci pomagać, a potem chodzić nad jezioro i leniuchować Meer!
- Tak jest! – Wykrzyknęli ze śmiechem bracia.
Dziewczyna spojrzała na nich.
- Dziękuję – odparła nieśmiało. Kasia zaśmiała się – Przyjaźnimy się od kilku lat, a ty ciągle taka nieśmiała!
Rozmowę przerwał widok nadjeżdżającej dorożki. Siedziała w niej blondynka, Hanna Pietrzańska i jej kasztanowłosa przyjaciółeczka Anna Groch. Hanna mieszkała na najbogatszej farmie we wschodnim rejonie wyspy, była rozpieszczona i często czepiała się paczki przyjaciół.
- Widzę, że szykujecie plany na wakacje, tylko szkoda, że niektórzy muszą pracować nawet podczas wolnego – spojrzała na Meer, po czym wybuchła śmiechem, a jej przyjaciółka poszła w jej ślad. Paweł spojrzał na nie z niesmakiem, po czym zaszeleścił gałęzią i wydał z siebie odgłos podobny do ryku pumy. Konie w dorożce Hanny przestraszyły się i ruszyły przed siebie galopem by uniknąć niebezpieczeństwa, które nie istniało. Przyjaciele zaśmiali się na widok przerażenia woźnicy i dwóch dziewczyn.
- To powinno przytrzeć im na razie nosa drogi Pawle.
- Zgadzam się Piotrze. – Bliźniacy zaśmiali się. Meer spojrzała na nich, nic nadzwyczajnego, matowe brązowe w niektórych miejscach trochę jaśniejsze, średnio ścięte kosmyki włosów opadały im na twarze i ciągle musieli je odgarniać, grożąc, że kiedyś je zetną. Nie byli ani bardzo silni ani bardzo mądrzy, jednak ich zielone oczy były łagodne i roześmiane. Dziewczyna szybko spojrzała na pękającą ze śmiechu Kasię, także nic nadzwyczajnego, ale jej oczy w kolorze morza miały ten sam wyraz, co oczy bliźniaków. Uśmiechnęła się pod nosem i ruszyła kłusem w stronę dróżki prowadzącej na polanę.
- Przyjedziemy do ciebie zaraz po powrocie do domu – krzyknęła za nią przyjaciółka.
- Dobrze! – Krzyknęła i ponagliła Betę do galopu. Uwielbiała jechać szybko n jej grzbiecie, wiatr rozwiewał jej włosy, a Dżuma biegła obok, bez trudu dotrzymując tempa.
Gdy dojechała do domu, Marta właśnie wieszała pranie. Na odgłos kopyt na drodze odwróciła się w jej kierunku.
- Jak minął dzień kochanie? – Zapytała, wieszając parę skarpetek ojca.
- Dobrze, niedługo przyjedzie tutaj Kasia i bliźniacy, powiedzieli, że będą mi tu pomagać, a potem zabierać na wycieczki – uśmiechnęła się wpuszczając swoją klacz na niewielki wybieg.
Matka spojrzała na nią ze smutnym uśmiechem i przytuliła.
- Nie musisz nam tu pomagać. Damy sobie radę, a ty masz wakacje i powinnaś z nich skorzystać.
- Nie mam mowy mamo, nie pozbędziesz się, mnie tak łatwo! – Zaśmiała się dziewczyna. Marcie zdawało się, że gdy jej córka się śmieje, śmieje się cały świat.
Meer odłożyła w pokoju torbę z książkami i przebrała się w niebieskie dżinsy, ciemno czerwoną długą bluzę w białą kratkę i czarne kozaki, które założyła na spodnie, a następnie wzięła się do pracy. Po nie całej godziny przyjechali jej przyjaciele i pomogli w pracy.
Gdy skończyli była szesnasta godzina, zjedli obiad, a następnie dosiedli swoich koni i pogalopowali w pobliże rzeki Spokojnej. Zatrzymali się na małej polance, rozłożyli koc i usiedli na nim przygotowując kosz z owocami. Rzeka płynęła spokojnie niedaleko nich a oni rozmawiali o szkole i wielu innych zdarzeniach. Dźwięk płynącej wody działał na Meer uspokajająco i już po chwili prawie spała. Ze snu wyrwał ją głos Piotra.
- Hej, śpiąca królewno, mamy pewną propozycję nie do odrzucenia – spojrzał na nią z uśmiechem.
- Mamy pomysł, żeby udać się na wycieczkę biwakową na kilka tygodni i pokręcić się gdzieś tutaj, co jakiś czas wpadając do miasta i zwiedzając je. W ten sposób te wakacje pozostały by niezapomniane dla nas – zaproponował Paweł.
Kasia pisnęła z zachwytu – Świetnie! Ja się zgadzam! – Spojrzała na bliźniaków z podnieceniem na twarzy.
- Ja nie jestem pewna – zaczęła Meer i wszyscy na nią spojrzeli – Nie wiem czy mogę zostawić moich rodziców samych, musze z nimi porozmawiać i się zastanowić. Ale pomysł mi się podoba – Dodała, gdy zobaczyła załamujące się miny przyjaciół – Może pójdę z wami.
- Dobrze wiesz, że bez ciebie nie pójdziemy – odezwał się Paweł – Możemy jeszcze przez tydzień zostać i się przygotowywać, a potem ruszymy. Co ty na to Meer?
- No dobra, wygraliście – jej przyjaciele z krzykiem radości rzucili się na nią i podnieśli, a następnie, co dało się przewidzieć, z zapałem wrzucili do wody.
Gdy Karol wisiał wysoko na niebie, na farmie Bedlamów w ciepłym i wygodnym łóżku, Meer zapisywała wydarzenia z ostatnich trzech dni.
Poniedziałek (jeszcze pięć dni do wycieczki)
Kasia, Paweł i Piotr postanowili mi pomóc i do soboty (przez tydzień) będą nam pomagać na farmie, a potem pójdziemy na wycieczkę kilkunastodniową.
Wtorek (jeszcze cztery dni do wycieczki)
Dziś było zabawnie, bo moja mama zapomniała domknąć furtkę w chlewie i uciekła jedna świnia, którą my musieliśmy gonić.
Środa (jeszcze trzy dni do wycieczki)
Kiedy wreszcie ta sobota? Dżuma dziś wymiotowała, bo muchę połknęła, (co za pies)!
Czwartek (jeszcze dwa dni do wycieczki)
Beta miała problem z chodzeniem i podkowy trzeba było zmienić.
Piątek (jutro wycieczka!)
Jestem spakowana i wogule! Nie mogę się doczekać. A tak na marginesie to przy wyspie Kongo znów pojawił się smok.
Rozdział 2
Zapiał kogut, a w tle jego piania słychać było rżenie koni, skrobanie Dżumy do drzwi i odgłosy krzątaniny na dole w kuchni. Meer obudziła się natychmiast i ubierając się po drodze biegła do kuchni.
Gdy zjadła śniadanie i osiodłała Betę, przed farmę przyjechali jej przyjaciele ze swymi końmi obładowanymi bagażami.
- Gotowa na wyprawę w nieznane? – Zaśmiał się Paweł.
- Nie w nieznane, lecz w znane – poprawiła go Kasia.
- Czepiasz się, przecież nigdy nie odwiedzaliśmy innych miejsc oprócz naszego miasteczka i okolic – wtrącił się drugi z braci.
Dziewczyna wsiadająca na karego konia uśmiechnęła się słysząc kłótnię, „Jak dobrze, że ich mam, bo co ja bym bez nich zrobiła?”.
- Dziewczyno, ja nie wiem jak zwrócić twoją uwagę! Co chwilę bujasz w obłokach! – Burknął Paweł, machając ręką przed jej oczami.
- Meer, tu ziemia – zaśmiała się rudowłosa dziewczyna.
- Bardzo śmieszne, po prostu myślę o czymś – burknęła brunetka na Becie, na te słowa jej towarzysze wybuchli śmiechem.
Jechali przez las Igielny, nie było w nim jednak dużo drzew iglastych. Słychać było śpiew ptaków i odgłosy innych jego mieszkańców. Meer wtopiła się umysłem w otoczenie i jakby scalając się z każdą istotą lasu oraz z jego muzyką, której normalnie, nie można było usłyszeć.
- Gdzie teraz pojedziemy? W pobliże Gąsek? – Rozległ się głos, który wyrwał dziewczynę z odrętwienia.
- Kaśka, przecież omawialiśmy całą trasę, którą przebędziemy w wakacje. Teraz pojedziemy wzdłuż rzeki Kornik do miasta Gąski i zatrzymamy się za nim na jakiejś polanie, więc nie pytaj gdzie jedziemy, bo wiesz – odparł poirytowany Piotr.
Kłócili się tak przez dłuższy czas, zbliżając się do rzeki Kornika.
Czerwone łuski połyskiwały w świetle dwóch słońc. Karata złożyła rozprostowane skrzydła i ziewnęła opalając się na szczycie góry Skalnej. Od samego rana czuła podniecenie, a nie znając przyczyny zdecydowała zająć swój punkt obserwacyjny. Była przekonana jednak, że to uczucie związane jest z obiektem jej poszukiwań. Ziewnęła znowu i spojrzała na Alicję i Barda, myśląc, że słońca mają bardzo proste życie, gdyż nie muszą niczego szukać, ani się martwić.
- Nie mają przynajmniej władcy… a ja mam – westchnęła wspominając niedawną rozmowę ze swym panem.
Znów rozprostowała swe krwiste skrzydła żując przy okazji znalezioną owcę.
Przy rzece zrobili sobie mały postój dając koniom odpocząć. Paweł cały czas kłócił się z Kasią, ale Piotr dawno przestał, teraz pokazywał Meer mapę, na której zaznaczona była droga do przebycia.
- Mówię ci, to będą niezapomniane wakacje – zwrócił się do niej z uśmiechem od ucha do ucha.
- Tak, masz rację – odpowiedziała bez entuzjazmu dziewczyna.
- Coś się stało?
- Nie, ale mam dziwne przeczucie, że naprawdę te wakacje będą niezapomniane – spojrzała w niebo. Piotr nie odezwał się więcej, ale w czasie podróży spoglądał na nią w zamyśleniu.
Gdy nadchodziła już pora obiadowa dojechali do miasta. Gąski nie były zbyt imponujące i właściwie nie wiadomo, dlaczego nazywa się je miastem a nie miasteczkiem, jednak po bliższym przyjrzeniu się mu widać było, że to miasto ma historię, którą może się pochwalić. Wszystkie budynki były zdobione płaskorzeźbami i malunkami, wszędzie rosła roślinność, nie było śmieci, no i było tu sławne Zoo, w którym było mnóstwo unikalnych gatunków nie tylko stąd, lecz także z innych wysp.
- Rety, rzeczywiście gdyby to porównać z naszą mieściną to widać różnice! – Zachwycał się na głos Paweł.
- No to, co teraz braciszku?
- Teraz idziemy chyba pozwiedzać.
- Chyba?
- Ej, chłopaki, o czym tam mruczycie? – Podjechała do nich rudowłosa dziewczyna.
- Zastanawiamy się gdzie pójdziemy najpierw. Ja uważam, że powinniśmy iść do zoo.
- Piotrze, uważaj sobie, co chcesz, ale ja jestem głodny! – Paweł spojrzał na niego bykiem.
- Paweł ma rację. Ja też jestem głodna – wtrąciła się Meer, po czym zwróciła się do przechodzącej kobiety – Przepraszam, gdzie tu można dobrze zjeść?
Zapytana spojrzała na nią zaskoczona – To wy nie stąd? – Po czym dostrzegłszy na ich bagaże dodała – Pracuję w pewnej karczmie dla podróżnych, chodźcie za mną to wam pokażę. Dzieci w waszym wieku dostaną zniżkę… zresztą lepiej nie spać pod gołym niebem, gdy to nie potrzebne – zawahała się – Jeden z farmerów mówił, że widział smoka jak przelatywał nad wyspą w stronę morza, a potem wracał… No, ale ja gadam a wy głodni jesteście coraz bardziej. Zresztą tamten farmer to wariat. To chodźcie.
Ruszyła szeroką ulicą w stronę kościoła. Przyjaciele spojrzeli na siebie i wzruszyli ramionami, a następnie ruszyli za kobietą, która teraz skręciła w lewo w mniejszą ulicę. Po kilku minutach stanęli przed drewnianą gospodą z mnóstwem ozdób przedstawiających smoki, czwórka towarzyszy spojrzała na szyld, który głosił „Gospoda pod Smokiem”.
Kobieta weszła do gospody, a oni za nią, zostawiając konie w stajni i zabierając bagaże. W środku karczma wyglądała równie interesująco jak na zewnątrz. Wszędzie wisiały ozdoby często związane ze smokami, w pomieszczeniu czuć było zapach jedzenia przemieszany z fajkowym dymem. Gdy przyjaciele weszli, prowadząca ich zniknęła w kuchni, a do nich podeszła dziewczyna w ich wieku ze długimi złotymi lokami.
- Matka powiedziała, że mam się wami zająć, więc proszę za mną – uśmiechnęła się do dziewczyn. Poszli za nią po schodach do dwóch pokoi, w każdym stały dwa łóżka, szafa i kilka dodatków niezbędnych do mieszkania.
- No dobra, ten pokój jest nasz – powiedziała Kasia,wchodząc do większego pokoiku.
- Ale jesteś – burknął Paweł, po czym razem z bratem wszedł do drugiego pomieszczenia.
- Idziesz Meer? Ja ci bagaży wnosić nie będę – odezwał się głos z dziewczęcego pokoju. Dziewczyna zignorowała go i zwróciła się do młodej gospodyni – Jestem Meer, tamta druga to Kasia, a ci dwaj bliźniacy to Paweł i Piotr.
- Ja jestem Dorota – uśmiechnęła się nieśmiało złotowłosa, nagle jakby przypomniała sobie o dobrych manierach – Czy zechcecie coś zjeść?
- Tak, ale nie za drogo – odezwała się brunetka podnosząca bagaże – Zejdziemy na dół za chwilę – uśmiechnąwszy się weszła do damskiego pokoju.
Gdy cała czwórka zeszła na dół, Dorota podbiegła do nich i zebrawszy zamówienia pobiegła do kuchni. Meer nie mogła napatrzyć się na piękne obrazy przedstawiające smoki. Do stołu podeszła kobieta, która ich tu przyprowadziła, niosąc chleb z szynką.
- Niezbyt to jedzenie pożywne – zwróciła się do siedzących. Dziewczyna nie zwróciła na nią uwagi, jej wzrok zatrzymał się na obrazie przedstawiającym statek w kształcie smoka, który zmagał się ze sztormem.
- To jest „Smoczyca”, najlepszy statek łowców smoków – odezwała się kucharka ustawiając przed nią talerz – Piętnaście lat temu zatonął niedaleko portu w Dakarze, mówią, że zatopiły go trzy smoki. Podobno miała na swym pokładzie cenny ładunek, cała załoga została pożarta lub utonęła. Statkiem dowodził szlachcic Fryderyk Smoczy i wiózł ze sobą swą żonę lady Glorię. Jednak nie wiadomo, dlaczego jej zwłoki znaleziono bardzo blisko brzegu, przy którym znaleziono małą łódkę.
Meer w jednej chwili przypomniała sobie swój sen, „Może to jednak prawda? Musze się dowiedzieć o tym wydarzeniu czegoś więcej, wiem, że to ważne” zamyśliła się.
Uporawszy się z jedzeniem, cała czwórka poszła do pokoi i położyła się spać.
I tak oto minął pierwszy dzień naszej wakacyjnej wyprawy.
Zapisała w swoim pamiętniku i położyła się spać. Tym razem jednak nic jej się nie śniło i zasnęła ze spokojnym uśmiechem na ustach.
W ciemnościach rozległo się dziwne skrobanie. Para żółtych ślepi spojrzała w stronę, z której dochodził odgłos. Nagle rozległ się głośny pisk, para żółtych oczu zmrużyła się na chwile, po czym spojrzała na gwiazdy. Z jaskini wytoczył się szkielet dużego szczura.
- Ten świat spada na szczury – burknął głos z ciemności. Karata wyleciała w ciemną noc na kolejne poszukiwania.
Piotr obudził się, gdy Karol wisiał jeszcze na niebie. Nie wiedząc, dlaczego to robi, podszedł do okna i spojrzał w rozgwieżdżone niebo. Nagle zauważył jakiś ogromny kształt lecący w stronę gór, gdy przyjrzał się bliżej, ujrzał wielkie cielsko pokryte rdzawymi łuskami i ogromne czerwone, skórzaste skrzydła. Z przerażeniem w skoczył powrotem do łóżka ze świadomością, iż był to smok.
- Wstawaj leniu śmierdzący! Co sobie myślisz? Że ci jeszcze jedzenie do łóżka przyniosę?! – Darła mu się do ucha Kasia.
- Nie wrzeszcz! Nie jestem głuchy! – Zdenerwował się Piotr.
- To dobrze – dziewczyna uśmiechnęła się od ucha do ucha pokazując nie do końca równe, białe zęby.
Chłopak wstał i ubrał się szybko, poczym zbiegł na dół i dołączył do przyjaciół, którzy właśnie zaczynali jeść.
- Dziękujemy, że łaskawie zdecydowałeś się do nas dołączyć – odezwał się sarkastycznie Paweł. Jego brat usiadł do stołu i w milczeniu zaczął przeżuwać kanapkę z żółtym serem. Merr wystarczyło jedno spojrzenie by wiedzieć, że coś go trapi.
- Mów, co się stało – zniżyła głos do szeptu.
Piotr spojrzał na nią z zatroskaniem na twarzy – Nie uwierzylibyście – Smutno pokręcił głową.
- Po tym, co mi się ostatnio śni, jestem zdolna uwierzyć we wszystko – żachnęła się dziewczyna.
- No dobrze… - chłopak zawahał się i spojrzał na przyjaciół – Obudziłem się dziś w nocy i wyjrzałem przez okno… tak z ciekawości. Patrzę w niebo i nagle… - przełknął ślinę i potrząsnął głową jakby próbował odpędzić tamtą chwilę – Zobaczyłem smoka! – Wykrzyczał szeptem.
Cała trójka wgapiała się w Piotra jak w obraz z szeroko otwartymi buziami.
- Więc to co mówił ten wieśniak to była prawda – burknęła pod nosem Merr.
- Ale skąd pewność, że to smok? – Kaśka wciąż uwierzyć nie mogła w to, co usłyszała.
- Dam se rękę uciąć, że to smok! – Żachnął się chłopak.
- Spokój – wtrąciła się brunetka – Idzie Dorota, przy niej ani mru, mru!
Podchodząca dziewczyna uśmiechnęła się – Podać coś jeszcze? – Zapytała z uśmiechem.
Przyjaciele odmówili i ruszyli w górę po schodach, żeby zabrać swoje rzeczy.
- Dałabym wiele by móc z wami pojechać – Dorota uśmiechnęła się smutno do Merr.
Dziewczyna odwróciła się na te słowa.
- Jedziemy na wycieczkę wakacyjną… Nie możesz z nami jechać?! – Spojrzała na młodą kelnerkę ze współczuciem.
- No… raczej nie – dziewczyna posmutniała jeszcze bardziej.
Merr uśmiechnęła się tajemniczo. Dorotę ten uśmiech przebłyskujący chytrością przeraził, nigdy, bowiem nie widziała by ktoś tak się uśmiechał.
Przez dłuższy czas jechali w milczeniu.
- Gdzie będzie najbliższy postój? – Poskarżyła się Kasia, której jazda konna dawała się we znaki – Jestem zmęczona! – Zawodziła.
Merr zaśmiała się – Spokojnie! Odpoczniemy na jakiejś polanie w tamtym lesie – wskazała drzewa zbliżające się do nich od strony zach.
- Tak… Wszystkim przyda się odpoczynek… dawno tyle na koniu nie jeździłem… zresztą nie tylko ja – Paweł spojrzał na Dorotę jadącą niedaleko niego.
Dziewczyna zarumieniła się lekko pod jego spojrzeniem – Na koniu jeździłam tylko, gdy trza było jechać gdzieś po sprawunki lub, co tam jeszcze moja matka wymyślała.
- Nie martw się, przyzwyczaisz się do tego. A wy chłopaki? Czego się dowiedzieliście o… wiecie, czym?
- Nie za dużo Merr. Ten wieśniak w ogóle nie chciał gadać.
- Racja Piotrze. No i jeszcze te draby, co się tam włóczyły, patrzyły na nas bykiem.
- Paweł… ale kłopotów z nimi nie mieliście?
-Niee… lecz pewien nie jestem czy czasem nie usłyszeli o co pytaliśmy.
Merr westchnęła.
- Trudno. Jednak ta afera ze smokiem nie podoba mi się… mam zamiar dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat.
- A jak wycieczka? – Zaciekawił się Piotrek.
- Nie tak źle… da się przeżyć – powiedziała od niechcenia Kasia.
Dziewczyna podjechała na Becie do przestraszonej lekko blondynki w czasie, gdy pozostali rozmawiali o zwiedzaniu.
- Jak się czujesz? Wszystko w porządku?
- Tak. Dziękuję… - po chwili wahania dodała – Jestem ci wdzięczna… gdyby nie ty to pewnie tera siedziałabym przy garach albo zbierała zamówienia – uśmiechnęła się.
Dalszą drogę przebyli w milczeniu. Alicja i Bard świecili jasno, czasem tylko chowając się za jasne i pogodne chmury. Las rozbrzmiewał śpiewem ptaków, a liście drzew świeciło w promieniach słońc, jakby z diamentów je zrobiono. Chłodny wietrzyk przedzierał się przez konary drzew i owiewał piątkę towarzyszy ochładzając ich rozgrzane od promieni słonecznych ciała i przynosząc ukojenie.
W jaskini rozległ się przeraźliwy dźwięk, od którego włosy jeżyły się ze strachu.
- Wreszcie cie mam! – Karata wyszła na sam szczyt góry i spojrzała na otaczające ją lasy, doliny i miasta – Już mi nie uciekniesz! Jesteś bardzo blisko! Czuję to – ogromne kły zabłysły w świetle słonecznym – Zbliżasz się… niedługo się spotkamy, a na razie poczekam.
W powietrzu błysnęły czerwone łuski na długim ogonie, który chował się w ciemności jaskini.
Piotr ziewnął i przeciągnął się.
- Jestem zmęczony – odezwał się.
- Oczywiście, jazda konna jest bardzo męcząca – zakpił z niego brat.
- Piotrek ma rację – wtrąciła się Merr – Wszyscy jesteśmy zmęczeni i do następnej wioski jest daleko. Będziemy musieli przenocować jednak na jakiejś polanie.
- Niestety? – Paweł ze zdziwieniem spojrzał na przyjaciółkę – Ja kocham spanie pod gołym niebem…
- Tak, a szczególnie, kiedy smok przelatuje ci nad głową – żachnęła się Kasia.
- No niech ci będzie… A co myślicie o tamtej polanie? – chłopak ruszył miarowym kłusem by rozeznać się w terenie.
- No nie wiem – mruknęła rudowłosa, ale zaraz ucichła i ruszyła za towarzyszami.
Przywiązali konie do drzew nieopodal nie opodal i rozpalili ognisko. Zjedli w milczeniu wsłuchując się uporczywie w ciszę.
- No… ee… dobranoc – Dorota zmieszana weszła pod koce i zasnęła. Przyjaciele poszli w jej ślady.
Merr jednaj nie zasnęła. Nie mogła. Coś ją wzywało do siebie… coś? A może ktoś? Nie była pewna. Wiedziała jednak, że to ktoś ważny, że ona się dla niego liczy i mu na niej zależy. << Choć! Choć do mnie! >> Słyszała już tylko głos w głowie. Nie pamiętała dokładnie, co się stało, ale wiedziała, że wstała z kocy i ruszyła w stronę konia. << Tak. Tak. Przyjedź do mnie. Czekam na ciebie! Choć! Choć! >> Pamiętała też, że ktoś coś do niej krzyczał, ale nie wiedziała, kto i co. W końcu liczył się tylko głos w jej głowie. Dosiadła konia i ruszyła galopem. Dziwne, ale nie umiała czysto myśleć wiedziała tylko, że ma gdzieś jechać i zna tą drogę, ale z drugiej strony jej nie znało,. Gdyż to ta obca siła ją kierowała. << Choć! Choć! >> Nagle coś ją zwaliło na ziemie. W stanie otępienia nie była w stanie się bronić. W pewnej chcieli usłyszała znajomy głos.
- Merr! Merr! Walcz z tym! Ocknij się!
Znała przecież ten głos. W jednej chwili zrozumiała, co się stało i skupiła całą energię, jaką miała, po czym wystrzeliła ją w kierunku uciekającej z jej myśli istoty. Stworzenie wydało pisk i zniknęło. Przed oczami zobaczyła urywki wspomnień. Wielki wulkan, Piękne krajobrazy, Głębokie morze, oraz coś niezapomnianego, niezapomnianego dokładniej smoki, najróżniejszych maści i gatunków bawiących się razem. Widziała wielki kataklizm, który to zniszczył. Zemdlała gdyż nie mogła wytrzymać. Ostatkiem sił uśmiechnęła się do przyjaciół i zapadła w mrok.
Rozdział 3
- Merr! Merr! Do diaska obudź się! – Ktoś krzyczał jej do ucha i potrząsał nią. Drgnęła i uniosła lekko powieki.
- Budzi się! – Rozpoznała głos Kaśki.
- Nie jest ranna? Bo na taką wygląda… - Dorota stała z tyłu z wielkimi oczami.
- Nie, ale chyba nasza Merr jest lunatyczką – Piotr szturchnął Pawła, żeby ten przestał nią potrząsać.
- Wszystko w porządku? – Zapytał skonsternowany chłopak odsunąwszy się i puściwszy ją.
- Nic mi nie jest… ale czuję się jakby armia zrobiła sobie spacer i jako cel wybrała moją głowę – dziewczyna podniosła się z ziemi i otrzepała pył z ubrania.
- Co się stało? – Ruda dziewczyna pchnęła Dorotę by ta się wreszcie otrząsnęła z przerażenia.
- Śniło mi się… - Nagle Merr zdała sobie sprawę, że nie powinna martwić tym wszystkim przyjaciół – Śniło mi się, że uciekam przed… jakimś facetem…
- Aha… I na pewno wszystko Ok? – Piotr spojrzał jej w oczy.
- Tak. A teraz wybaczcie, ale muszę odpocząć.
Wrócili razem do obozu, w którym Merr położyła się i zasnęła natychmiast. Potrzebowała snu, wiedziała, że istota, która ją wołała nie wróci dzisiejszej nocy. Przyjaciele jeszcze przez dłuższy czas przyglądali się jej na wszelki wypadek gdyby znów chciała się zerwać i uciec.
- Ciekawe, dokąd ona jechała w swym śnie – Piotr w zamyśleniu podrapał się po głowie.
- Co? O czym ty mówisz? Lunatycy przecież robią, co tylko się nawinie – Kasia prychnęła.
- Znam Merr od dłuższego czasu i wiem, że kręci. A po za tym wyglądała jakby dobrze wiedziała gdzie jedzie. Okłamała nas i dobrze powinniście o tym wiedzieć – zwrócił się do dziewczyny i swojego brata.
- Widziałam kiedyś coś takiego – Dorota skupiła się – Pewien człowiek… Mówili, że został opętany, ale ja w to nie wierzę, rozmawiałam z nim. Powiedział, że boi się zasypiać, gdyż pewnej nocy usłyszał w głowie głos karzący zabić mu jego własną córkę. Gdy ją zadźgał nożem ocknął się, potem w nocy jeszcze kilka razy głos się odezwał aż w końcu facet zdecydował się nie sypiać.
Wszyscy patrzyli na dziewczynę w milczeniu.
- To wydaje się być sensowne – Paweł potarł podbródek – Jednak nie zdradzajmy się niczym przy Merr. Nie chcę żeby niepotrzebnie się martwiła, choć myślę, że ona po części wie, o co chodziło temu czemuś, co ją przyzywało.
Kasia pisnęła.
- Czemu nie powiesz „temu komuś”? Tak lepiej brzmi.
- Myślę, że wplątaliśmy się w niezły pasztet – Piotr podsumował to nader mądrze i wszyscy się roześmiali, jednak ten śmiech był sztuczny. Spać kładli się z obawą, co czeka ich jutro.
Karata syczała wściekle i wiła się w drgawkach po jaskini. W pewnej chwili przestała i ułożyła się zaciskając szpony na kamieniu, który po chwili pękł.
- Jaka ja głupia. Mogłam się spodziewać, że dzięki jej przyjaciołom uda jej się odeprzeć moje wezwanie. Mam szczęście, że nie jest w pełni świadoma swych umiejętności, inaczej kiepsko widziałabym siebie – uśmiechnęła się po smoczemu – A tak wyszłam tylko z kilkoma siniakami.
Owinęła się czerwonymi skrzydłami i zasnęła marząc o chwili spokoju. Ta misja ją wykańczała, ale niestety od jej pana nie ma ucieczki.
Merr obudził śpiew ptaków. Otworzyła oczy. Leżała na kocu w lesie – To było jej początkowe wrażenie. Jednak po chwili, gdy przyjrzała się bliżej dostrzegła promienie słońca załamujące się na wilgotnej powierzchni liści, motyle latające od jednej kępy kwiatów do innej, były różnych kolorów, jeden z nich zwany Królową Stokrotek we wszystkich odcieniach żółci usiadł jej na nosie i odleciał po chwili. Na niebie nie było praktycznie chmur, tylko w niektórych miejscach kuliły się puszyste owieczki. Dziewczyna usiadła i uśmiechnęła się. „Jak tu pięknie” pomyślała. Spojrzała na łąkę, która zaczynała się gąszczem kwiatów niedaleko miejsca gdzie rozłożyli obóz na noc. Było tam mnóstwo kwiatów w różnych kolorach, razem wyglądały one jak wielki, kolorowy dywan. Odetchnęła głęboko.
- Czas wstawać! – Merr szturchnęła Kaśkę, po czym poszła obudzić resztę. Jednak Piotr nie spał, tylko siedział pod drzewem na krańcu polanki i dłubał scyzorykiem w kawałku drewna.
- Czemu nas nie obudziłeś? Już dawno powinniśmy być w drodze? – Dziewczyna podeszła do niego zostawiając za sobą ognisko.
- Chciałem żebyście się przespali – uśmiechnął się do niej beztrosko. Pod wpływem jego uśmiechu dziewczyna zarumieniła się nawet o tym nie wiedząc.
- Chodź, przestań w tym dłubać – powiedziała, po czym krzyknęła do reszty – Jedziemy! Już dawno powinniśmy być w drodze.
- A dokładniej od dwóch godzin – Paweł spojrzał na słońce okiem znawcy.
Po chwili byli już w drodze. Ptaki towarzyszyły im cały czas, zabawiając swym śpiewem.
- Musimy porozmawiać Merr – Kasia podjechała do przyjaciółki.
- O czym?
- O wczorajszej nocy.
- Nie chcę o tym mówić.
- Daj spokój! Jesteśmy przecież przyjaciółkami! Chyba możesz mi powiedzieć, co cię dręczy – dziewczyna ze zdenerwowania zaczęła przeżuwać kosmyk rudych włosów.
- Już mówiłam! Śniło mi się, że ściga mnie…
- Nie – Kasia przerwała jej i zmarszczywszy brwi chwyciła ja za rękę. – Dokąd jechałaś? Ktoś cie wzywał! Powiedz. Nie wstydź się! Były już takie przypadki – opowiedziała jej o mężczyźnie, który zabił swą córkę.
Merr spojrzała na nią ze smutkiem.
- Nie wiem, kto… albo raczej, co to było. Nie pamiętam gdzie mnie wzywało…
- Przypomnij sobie, to ważne!
- Spróbuję. Ale… czy na razie możemy zakończyć tą rozmowę?
- Tak, ale pamiętaj, że jesteśmy twoimi przyjaciółmi i możesz nam wszystko mówić.
Kasia uśmiechnęła się do niej pocieszająco i podjechała do przodu zostawiając przyjaciółkę jej własnym myślom.
- Udało się – mruknęła tylko do Piotrka i zaczęła rozmowę z Dorotą o roślinach. Jak się okazało dziewczyna posiadała dużą wiedzę o roślinach i leczeniu.
Nikt z nich nie zauważył, kurzu kłębiącego się nad drogą za nimi. Jeźdźcy zatrzymali się na chwilę, po czym ruszyli poboczem by och konie tak nie kurzyły.
- Nie! – Karata syknęła przeciągle i wypełzła z jaskini na szczyt swej góry. – Nie pozwolę na to! Zostawcie moją nadzieję w spokoju! – Warknęła ze złości i uniosła się na swych wielkich skrzydłach.
Obudziła się nagle, mając rękę na ustach, przez co nie mogła krzyknąć, choć tak bardzo chciała. Merr pamiętała, że zatrzymali się na noc, gdy Alicja i Bard zniknęli prawie za widnokręgiem. Nie rozumiała, co się stało. W jednej chwili spała spokojnie a w drugiej wierzgała w ramionach jakiegoś śmierdzącego obdartusa. Poczuła jak jakiś szorstki sznur krępuję jej ręce i nogi, przywiązując do drzewa. Kątem oka zobaczyła, że bliźniaki są przywiązane do innego drzewa. Jeden z nich miał wielkiego guza, prawdopodobnie walczył i go uderzyli, jednak w ciemności nie mogła ich odróżnić. Kasia i Dorota przywiązane były do tego samego drzewa, co ona, a ta druga pochlipywała, co chwilkę. Nagle dziewczyna zdała sobie sprawę, że może mówić, a napastnicy stanęli przed nimi.
- Czego od nas chcecie! – Krzyknęła czując jak głos jej się łamie.
- Nie wiem czy wiesz panienko. Jesteśmy myśliwymi – powiedział jeden z nich z krzaczastą bródką.
- Racja Filip. Ale nie takimi zwykłymi – Odezwał się napakowany, łysy drab.
- Polujemy na niezwykłe stworzenia… albo raczej na takie, za które dużo można dostać na czarnym rynku – Filip uśmiechnął się szyderczo, a pozostała trójka poszła w jego ślady.
- Więc po co nas napadliście? – Dziewczyna spojrzała na nich ze strachem.
- Ponieważ widzieliśmy was na targu w Gąskach. Słyszeliśmy jak pytaliście się o jakiegoś smoka. Więc bądźcie tacy łaskawi i mówcie, co o nim wiecie i gdzie on jest?! – Zapytał jakiś grubas z tłustymi włosami.
- Ale… my nie wiemy. Pytaliśmy, ponieważ słyszeliśmy plotkę, że jakiś przelatywał nad wyspą – wtrąciła się ze strachem Kasia.
- Tak? Mówcie lepiej prawdę albo… jeden z tych chłopców będzie miał śliczną dziurkę w brzuchu! – Odezwał się drab.
- Bez przesady Kacper! Bo jeszcze się popłaczą – zaśmiał się Filip – No mówcie gdzie smok, albo nasi koledzy Tłusty Jon i Mały Ben zajmą się waszymi kolegami! – Spojrzał na twardą minę Merr – Albo nie. Zajmą się to dziewczyną – Na te słowa Piotrek zaczął się szarpać.
- Chcecie smoka? To go macie! – Usłyszeli donośny głos. Zadął potężny wiatr i błysnęły czerwone łuski. Po chwili za rzezimieszkami wylądował ogromny jaszczur połykając przy okazji Małego Bena.
- Smok! – Tłusty Jon otworzył szeroko oczy i już chciał zwiewać, ale nagle zauważył, że jego nogi zostały w paszczy smoka. Nie minęła sekunda, gdy i on zniknął w jego gardzieli.
- Nigdy nie zadziera się ze smokiem! – Karata rozpostarła błoniaste skrzydła i machnęła nimi w celu wywołania wiatru. Kacper nagle zdał sobie sprawę, że wisi w powietrzu. Próbował zadać cios na ślepo, ale jego ręka z nożem gdzieś zniknęła. Z przerażającym wyciem został rozszarpany na strzępy.
Przerażone konie rzezimieszków spłoszone uciekły w las. Filip z przerażeniem zdał sobie sprawę, że już tylko on został. Ale jego szyderczy uśmiech nie znikał z jego twarzy.
- Czekaj! Nie wolisz zjeść tych tu? – Zapytał wskazując przywiązanych przyjaciół. „To tylko głupi jaszczur, myśli żołądkiem a nie mózgiem, jeśli w ogóle taki posiada” pomyślał i to go zgubiło. Wielkie kły zanurzyły się w jego ciele i rozszarpały na kawałki, po czym połknęły.
„Po nich chyba niestrawności dostanę” pomyślała smoczyca i zwróciła wielki łeb w stronę więźniów. Miała zamiar skorzystać z okazji i zabrać stąd dziewczynę, ale gdy spojrzała na te „maluchy” odezwał się w niej instynkt macierzyński.
Kasia wrzasnęła, gdy wielka smoczyca wyciągnęła łapę w ich kierunku, Dorota prawie zemdlała, a bliźniaki odmówiły szybką modlitwę. Merr zamknęła oczy i pomyślała o swoim dość krótkim życiu. Jak wielkie było ich zdziwienie, gdy liny, które ich trzymały nagle puściły.
- Nie zrobię wam krzywdy. Zresztą po tych czterech nie będę mogła jeść chyba przez tydzień – Karata błysnęła kłami w smoczym uśmiechu – Zwą mnie Karata – postanowiła przywitać się jak to ludzie mają w zwyczaju.
Merr wstała powoli.
- Jestem Merr, a to jest Kasia, Dorota, Paweł i Piotr – przedstawiła wszystkich dziewczyna. Zdała sobie sprawę, że przy smoczycy czuje się dziwnie pewnie i spokojnie.
Ruda jęknęła i podtrzymała Dorotę, która zemdlała.
- To ty mnie wzywałaś – zdała sobie nagle sprawę Merr.
- Tak.
- Ale… czego ode mnie chcesz?
- Ja nic. Ale mój pan… nie ważne. Teraz jeszcze nie ważne – Karata wyciągnęła powoli i delikatnie dotknęła twarzy dziewczyny swoim pazurem. Poczuła się dziwnie. Oto przed nią stała nadzieja smoczego ludu, a ona miała ją przyprowadzić przed oblicze jej pana, by ten wykorzystał ja do swoich celów i była pewna, że to nie miało być nic dobrego. Westchnęła i mimowolnie rozłożyła skrzydła – Wejdźcie mi na grzbiet. Zabiorę was do mojej kryjówki. Tam w spokoju pogadamy. Nie martwcie się o konie, będą czekały na was niedaleko tego miejsca.
Merr bez słowa weszła smoczycy na grzbiet mimo protestów bliźniaków. Jednak Kasia nie miała zamiaru jej zostawić. Wdrapała się za przyjaciółkę, podtrzymując wciąż nieprzytomną Dorotę. W końcu bracia też weszli.
Karata czując, że wszyscy już siedzą rozwinęła błoniaste skrzydła i zamachała nimi wzniecając chmury kurzu – Trzymajcie się! – Krzyknęła i wzleciała w powietrze. Będąc już na odpowiedniej wysokości skierowała się ku środkowi wyspy gdzie stała góra Skalna. Lecąc uważała by jej pasażerowie nie spadli i myślała tylko o jednym, „Nie pozwolę by nasza nadzieja trafiła w szpony tyrana!”.
- A więc sprzeciwiasz mi się Karato? – W ciemnej komnacie odezwał się dudniący, głęboki głos – Nie ochronisz jej przede mną! – Zaśmiał się. Obraz w wielkiej studni wypełnionej lawą zanikł, gdy przesunęła się nad nim wielka szponiasta łapa. Śmiech wciąż jeszcze rozbrzmiewał echem w pomieszczeniu.
Smoczyca zamachała skrzydłami ostatni raz, tak dla efektu, gdyż wylądowali już w sporej wyrwie między skałami, którą Karata używała jako swoje miejsce do lądowania.
- Jesteśmy na miejscu – powiedziała i ruszyła w kierunku swej jaskini.
- Jak tu pięknie… - Merr rozejrzała się.
- Na swój zwichrowany sposób – dopowiedziała Kasia idąca za nią.
Po drodze do jaskini widzieli wiele skał przypominających różne potwory.
- Legenda mówi, że kiedyś był, albo nawet jeszcze jest wielki skarb. Każdy chciał go mieć, ale zamiast znaleźć skarb, poszukiwacze znajdowali tu tylko to – smoczyca zrobiła pauzę by spojrzeć na skałę w kształcie przygarbionego człowieka trochę podobnego do małpy – Wielu mówiło, że tym skarbem jest nieśmiertelność, nieśmiertelność oni ją otrzymywali. W takich postaciach przeżyją miliony lat – westchnęła – Jednak mnie on nie obchodzi, bo w końcu i taj jestem nieśmiertelna – mrugnęła do przyjaciół po smoczemu.
- Gdyby Hanna to usłyszała to już po chwili znaleźliśmy by ją w takiej właśnie postaci – zaśmiała się Kasia.
Weszli do jaskini w milczeniu. Karata ułożyła się na swym legowisku i spojrzała na nich, gdy rozsiadali się pod ścianami.
- Wybaczcie, że nie poczęstuje was herbatką albo ciasteczkami, ale nie posiadam ani tego, ani tego – wykrzywiła pysk w uśmiechu pokazując kły.
- O co ci chodzi? Czego ode mnie chcesz? – Merr przeszła do rzeczy.
- No cóż… - smoczyca zrobiła pauzę – Opowiem wam wszystko, ale nie przerywajcie mi – rzekła rozejrzawszy się. Nikt nawet nie pisnął, więc kontynuowała – Musimy cofnąć się trochę w czasie, bo inaczej nic nie zrozumiecie. Dobrze? Świetnie. Więc zamknijcie oczy. Wyobraźcie sobie wielkie połacie traw, mnóstwo kolorowych drzew… Widzicie? Niektóre mają czerwone liście, inne zielone, jeszcze inne pomarańczowe i żółte. Wszędzie są kwiaty; Całe gaje kwiatów wszelakiego rodzaju, kształtu, wielkości, koloru i zapachu. Nad łąkami unosi się słodki zapach bzu i miodu. W oddali widać góry, też kolorowe; Na dole zielone, przechodzące później w odcienie jesieni, a w końcu w śnieżną biel na wierzchołkach, które zanurzają się w puszyste chmury. Tam, nad górami chmury są rozległe i mają czerwonawy kolor niezależnie od pozycji słońc, które są trzy; Jedno pomarańczowe, drugie żółte, a trzecie zielone. Nad łąkami natomiast są małe pomarańczowo-różowe obłoczki przypominające owieczki. W dolinie między górami, a łąkami płynie rzeka mająca źródło w morzu, a ujście w górach w jednym z wielkich jezior, które ma fioletowy odcień. W niektórych miejscach przechodzi w niewielkie wodospady i gdy czasem się przyjrzeć, spod pienistych wód wychodzi kolorowa tęcza. Niedaleko rzeki rośnie gaj wielkich dębów i wierzb, na których rosną niespotykane owoce, oraz pośród, których rośnie mnóstwo kwiatów przechodzących z koloru żółci w jasne odcienie fioletu. Promienie słoneczne odbijają się i załamują na wilgotnych od porannej rosy liściach tamtych drzew. Ptaki najróżniejszych kolorów i ras przysiadają to tu, to tam i wyśpiewują godzinami piękne pieśni. Słyszycie? Małe motylki przysiadają na kwiatach, by po chwili odlecieć na inne. Lecz w oddali słychać coś, co całkiem nie pasuje do tego krajobrazu. Wszystkie zwierzęta chowają się pomiędzy drzewa, małe z dużymi, mięsożerne z roślinożernymi i patrzą zaciekawione w niebo. Czy patrzą na ptaki? Nie. To nie ptaki. To smoki. Najróżniejszych kolorów i w różnym wieku bawią się na niebie. Niektóre dopiero, co nauczyły się latać, inne mają za sobą wiele lat i patrzą na świat z mądrością przez ten czas zdobytą. Jedne z nich są czerwone, inne zielone, jeszcze inne niebieskie, są nawet żółte i pomarańczowe. Niektóre z nich lądują by zgasić pragnienie lub najeść się owoców. Tak. Smoki są wszystkożerne, a przynajmniej było tak kiedyś, gdy słodkie owoce naszego raju smakowały lepiej niż inne zwierzęta.
Byłam wtedy malutkim smokiem i dopiero nauczyłam się latać. Popisywałam się przed młodszymi pobratymcami, którzy jeszcze nie umieli posługiwać się małymi skrzydełkami, gdy nagle usłyszeliśmy dziwny dźwięk, ni to wycie, ni to ryk. Tak się wystraszyłam, że zapomniałam machać skrzydłami i spadłam w krzaki niedaleko skał rwącego wodospadu. Już chciałam stamtąd wyjść i powiedzieć do przyjaciół, że to było specjalnie, gdy nagle obok mnie spadł jakiś wielki kształt. Gdy przyjrzałam się z bliska, zobaczyłam, że to jeden z młodych smoków, który latał ze mną. Miał wielką ranę na boku i nie miał jednej łapy. Przerażona, nieznająca tego widoku, patrzyłam jak jego krew spryskuje ziemię i mieszającą się z wodą. Wsunęłam się bardziej w krzaki przy skałach i wyjrzałam ostrożnie. Zobaczyłam wielkie smoki; nie takie jak my. Miały ogromne, kwadratowe głowy z dwoma górnymi kłami wystającymi z górnych szczęk. Ich skóra pokryta była dużymi, ostrymi, trójkątnymi łuskami, a ogony zakończone wielką kulą pokrytą kolcami. Miały jeszcze wiele szczegółów, których nie opiszę… Widać było, że stworzone były do walk, nie jak my. Nasze łuski miały łagodne wyrazy, były okrągłe, a ogony kończyły się płatami skóry w kształcie serca. Nie mieliśmy nawet wyhodowanych pazurów, które tępiliśmy o drzewa. Obce smoki były w smutnych kolorach, czerni, szarości i krwistej czerwieni.
Na moich oczach ginęli wszyscy z mego gatunku. Patrzyłam jak te obce nam potwory mordują nas bez wyrozumiałości. Widziałam jak zabijali moją matkę i ojca, oraz siostry i bracia. Nie mogłam nic zrobić. Nie mieli nawet litości dla młodszych ode mnie, którzy przyparci do ściany patrzyli na wszystko wielkimi oczami. Po chwili zostały z nich tylko zniekształcone kształty. Nie mogłam na to dłużej patrzeć. Zduszając łzy schowałam się w jakiejś grocie i zakryłam ją liśćmi i gałęziami, prosząc w duchu by nikt mnie nie znalazł. W akompaniamencie strasznych ryków i pisków zasnęłam.
Gdy się w końcu obudziłam była cisza, przerywana jedynie kapaniem wody i jakimś trzaskaniem na zewnątrz. Odetchnęłam głęboko i poczułam dym. Przerażona podpełzłam do skraju otworu, który był prawie zamknięty przez strzelające wysoko płomienie. Przebiłam się przez nie, ale ni obyło się bez poparzeń. Wylizałam rany i spojrzałam przed siebie. Już nie było pięknych łąk i drzew. Wszystko spłonęło, lub jeszcze płonęło. Wszędzie walały się trupy i kości mych pobratymców. Na niebie wisiały ciężkie, ciemne chmury zasłaniające słońce. Tak piękny sen w raju zamienił się w koszmar w piekle. Woda przybrała kolor czerwony, jak krew, która płynęła z ran mych braci i sióstr. Wtedy właśnie przysięgłam sobie zemstę. Przez następne lata swego życia ćwiczyłam ciężko i żyłam w tych ciężkich warunkach, w krainie, która kiedyś byłam rajem, gdzie trudno było teraz żyć. Mając dwadzieścia lat postanowiłam wyruszyć na poszukiwanie wstrętnych bestii, które dokonały mordu na mym rodzie.
Zmieniłam się przez te lata bardzo. Ciężkie warunki i dyscyplina sprawiły, że wyglądałam trochę jak smoki mego gatunku i trochę jak potwory, które nas napadły. Zresztą sami mnie widzieliście. Moja matka gdyby wiedziała, co chce zrobić i jak wyglądam pewnie by była smutna, gdyż była królową naszej krainy, więc ja księżniczką, której nie przystoi udział w walce. Za to mój ojciec pewnie by mnie pochwalił. Oprócz tego, że był królem, był także panem lasów i zwierzęta, oraz inne istoty go szanowały.
Błądziłam przez wiele lat po bezkresnych morzach i krainach, mszcząc się, gdy spotykałam smoki wrogiego mi gatunku.
Pewnego dnia natknęłam się na zdychającego smoka. Rozradowana zauważyłam, że jest z mego gatunku. Opowiedział mi on o dziecku-nadziei, które może nas uratować. Niestety nie powiedział mi kto jest tym dzieckiem, ani jak nas uratuje. W ten sposób zyskałam nowy cel: Odnaleźć dziecko-nadzieję wśród ludzkiego rodu, odnaleźć pozostałych przy życiu z mej rasy i przy okazji wymordować jak najwięcej wrogich bestii. Wciąż jednak byłam dość młoda i nie miałam się czasem gdzie podziać. Jednak jakiegoś dnia, gdy znów spotkałam wrogiego potwora pomógł mi wielki czarny smok. Nigdy jeszcze nie spotkałam takiego gatunku. Opowiedział mi, że smok, którego pokonaliśmy należy do rasy smoków Skalnych, które nigdy nie mogły pogodzić się z moim gatunkiem smoków Tęczowych. Opowiedział mi tą samą opowieść o dziecku-nadziei i o tym, że ten, kto posiada to dziecko, posiada także potężną moc, którą ono włada. Powiedział, że jeśli pomogę mu je znaleźć, to pomoże mi w walce ze smokami Skalnymi. Nie wspomniałam mu o mojej krainie, co okazało się mądre z mej strony. Tak, więc przez następne trzydzieści pięć lat byłam na jego usługach i szpiegowałam dla niego oraz zabijałam. Okazało się, że jest okropnym tyranem i tak naprawdę chce wykorzystać dziecko-nadzieję do swych celów. Moim zadaniem było znaleźć dziecko z legendy i przyprowadzić mu je, jednak ja postanowiłam, że nie będę mu posłuszna, gdyż okazało się, że jest w bliskich stosunkach ze smokami Skalnymi, które były bliskimi kuzynami jego rasy, tak zwanej Lawową.
Teraz, gdy znalazłam dziecko nadzieję on pewnie też już o tym wie. Jednak ja mu go nie oddam, gdyż w jego łapach spowoduje wiele zniszczeń – Smoczyca przerwała na chwile i spojrzała na nich – Ty, Merr jesteś dzieckiem-nadzieją. Nie pozwolę jednak by Joren zrobił ci krzywdę. Posiada magiczne moce jako członek królewskiego rodu, lecz ja też, tak samo jak ty. Musimy teraz jak najszybciej znaleźć drugą krainę, podobną do tej, w której mieszkałam z mymi braćmi i odnaleźć tam innych z mej rasy oraz poszukać członków twego rodu i rasy. Wtedy uda nam się pokonać smoki Skalne i Lawowe, które od lat zagrażają nie tylko nam, ale i ludziom – Karata skończyła i postarała się złapać oddech, gdyż ostatnie dwa zdania powiedziała na bezdechu.
Wszyscy przez chwilę milczeli. Merr natomiast patrzyła na smoczycę, wiedziała, że powinna coś powiedzieć. Jej przyjaciele patrzyli na nią z niemą prośbą, którą ona niestety musiała odrzucić.
- Pomogę ci Karato, gdyż czuję, że to powinnam zrobić. Błagam jednak powiedz mi coś więcej o mym urodzeniu, jeśli wiesz – powiedziała. Jej towarzysze westchnęli, westchnęli Kasia już miała coś powiedzieć, ale odezwała się smoczyca.
- Wiem tylko, że pochodzisz z rzadkiej odmiany smoków… Twoi przodkowie stworzyli statek Smoczyca, który miał zmniejszać liczebność smoków Skalnych i Lawowych. Niestety, gdy urodziłaś się ty, przepadł, a wraz z nim twoi rodzice. A dokładniej Smok i magica.
- Kto to taki magica? –Kasia wtrąciła się.
- Kobieta władająca magią. Dlatego Merr jest taka ważna. Posiada wiedzę i umiejętności jednej z najstarszych i najpotężniejszych rasy smoków oraz wielką wiedzę w zakresie magii. Jest także dużym zagrożeniem dla Jorena, który powiedział, że jeśli nie będziesz chciała współpracować to cię zabije.
- Czyli Merr jest Smoczą Magicą? Słyszałam legendę o takich istotach, żyły one miliony lat temu. A gdy jakaś się urodziło, oznaczało to, że wojna blisko i tylko ona zadecyduje o wygranych – usłyszeli głos Doroty, która teraz siedziała po turecku obok Merr.
- Jesteś Mądrą Kobietą? – Karata spojrzała na nią z błyskiem w oku.
- Tak. Pobierałam nauki u pewnej znakomitej zielarki i dzięki temu posiadłam wiedzę roślin i zwierząt – odpowiedziała dziewczyna.
Smoczyca patrzyła na nią przez chwilę, po czym rozejrzała się jak by dopiero teraz zdała sobie sprawę, że niedługo będzie zmierzchać.
- Musicie się przespać, bo jutro czeka nas dużo pracy – uśmiechnęła się i posunęła się by zrobić miejsce koło siebie na sianie. Merr od razu z niego skorzystała, a w jej ślady poszli inni. Wkrótce wszyscy smacznie spali tylko Karata patrzyła ze smutkiem, a jednocześnie radością na Karola.
Merr otworzyła oczy. „Co jest?” rozejrzała się nie wiedząc gdzie jest. „Przecież powinien już być dzień” oparła się o coś i po chwili zdała sobie sprawę, że to coś ma łuski i jest ciepłe. Zerwała się z miejsca i wybiegła z jaskini. „Uspokój się. Tylko się uspokój!” wspomnienia wczorajszego dnia zalały ją falami. Spojrzała na dwa słońca i uśmiechnęła się mimowolnie pod wpływem ciepłego uścisku, którym oplotły ją ich promienie.
- Merr? – Odwróciła się szybko. Przed nią stał Piotr mrużąc oczy przed słonecznym światłem. „Dlaczego je mruży? Przecież promienie słoneczne wcale nie raziły” zdziwiła się.
- Tak?
- Wszystko w porządku? Widziałem jak nerwowo się zerwałaś przed chwilą.
- Po prostu musiałam sobie wszystko jeszcze raz przyswoić – przypomniała sobie o tym, co ją czeka – Posłuchaj… Jeśli nie chcecie… To co zamierzamy zrobić z Karatą będzie pewnie niebezpieczne i nie będę miała nic przeciwko jeśli postanowicie zostać…
- Jesteśmy przyjaciółmi i nigdy cie nie zostawimy!
- Ale nie chcę żeby coś wam się stało! Czuję się przygotowana do tej misji jak bym w głębi duszy od dawna na nią czekała! Ale… nie będę w stanie myśleć czysto, jeśli będę wiedziała, że grozi wam niebezpieczeństwo – pojedyncza łza skapnęła na ziemię. Dziewczyna odwróciła się by Piotr tego nie widział.
- Czyli tylko ci zawadzamy? – Powiedział z widoczną w głosie goryczą – Nie liczysz się z naszym zdaniem tylko z sobą? Jeśli cie zostawimy nie będziemy w stanie spać, zamartwiając się o ciebie. Więc idziemy z tobą! Chyba, że naprawdę uważasz nas za przeszkodę na swej drodze – ostatnie słowa wypowiedział kwaśno. Nie wiadomo, dlaczego Merr nagle się skuliła, jej ciałem wstrząsnął szloch. Chłopak to zauważył i zmieszał się – Przepraszam Merr… nie chciałem… ale ta nowa sytuacja… My się o ciebie martwimy!
- Nie mam do ciebie pretensji… Ale… boję się – zaszlochała. Na ziemi u jej stóp zaczęła tworzyć się mała kałuża.
Usłyszała kroki Piotra, myślała, że sobie idzie, znów zaszlochała.
- Nie płacz – szepnął chłopak do jej ucha i przytulił ją ostrożnie – Wyglądasz tak smutno, że sam się zaraz popłaczę, co nie byłoby ciekawym widokiem – zaśmiał się i uśmiechnął widząc, że dziewczynie poprawił się humor. Chciał przytulić ją mocniej, ale wahał się za długo. Merr odsunęła się i spojrzała na niego z lekkim uśmiechem.
- Dziękuję. Zawsze umiesz mnie pocieszyć – uśmiechnęła się i słysząc odgłosy budzących się przyjaciół w środku jaskini pobiegła tam.
- Choinka! – Piotrek przeklął pod nosem jeszcze kilka razy. „Jestem do bani” pomyślał i również wszedł do jaskini.
Nad wyspą Solistą przeleciała grupa małych, skrzydlatych potworków. Leciały bardzo szybko i mieszkańcy wyspy nie mogli ich zauważyć, jednak tym, którzy je zobaczyli zdawało się, że lecą na wyspę Sabat.
- Wszystko mamy. Bagaże spakowane, ręce i głowy na swoich miejscach – Kasia uśmiechnęła się szelmowsko.
- Nie wszystkich głowy są na swoim miejscu – Dorota spojrzała na nią z błyskiem w oku.
- Ho, ho! Nasza panienka pokazuje pazurki! Moja krew! – Zaśmiała się ruda dziewczyna.
- O nie – jęknął Paweł – Ja nie chcę dwóch Kasi! Jednak w zupełności wystarczy!
- Racja Pawle – jego brat wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Karato, radzę ci zatkać czymś uszy bo podróż może być męcząca… - Merr spojrzała na Kasię i mrugnęła do smoczycy, która zaśmiała się.
- Ponieważ jeden z koni wam uciekł, a nie chcę zwracać na siebie zbyt dużej uwagi, co mógł by wykorzystać wróg, będę twoim koniem Merr – Smoczyca uśmiechnęła się i w jednej chwili na jej miejscu stał czerwono-brązowy rumak.
Dorota jęknęła z zachwytu. Merr natomiast z uśmiechem dopasowała swemu nowemu wierzchowcowi siodło i zakładając bagaże. Jej konia natomiast dostał Piotr, któremu koń uciekł podczas potyczki z bandziorami.
Księga 2
"Bestie Atakują"
Rozdział 4
Jechali długo w milczeniu, każdy zatopiony w swych myślach. Ciszę przerwała Karata.
- Jeśli chcesz pokonać Jorena musisz nauczyć się posługiwać swą mocą.
- Ale ja nie umiem!
- Umiesz, umiesz, a nawet, jeśli nie to cię nauczę. Jesteś pewna, że nigdy nie korzystałaś z mocy? Nie?! Ciężka sprawa. No trudno się mówi. Będę musiała nad tobą popracować – koń dziewczyny zarżał rozbawiony i zamilkł tajemniczo.
- Na twoim miejscu bym się bała – zaśmiała się Kasia i mrugnęła do przyjaciółki.
- To wcale nie jest złe. Ale Karata ma rację, musisz nauczyć się wykorzystywać swój dar. Ale zwykła magia ci nie pomoże w leczeniu, dlatego w przerwach między jej lekcjami będziesz uczyła się u mnie wiedzy o roślinach, zwierzętach i leczeniu – Dorota uśmiechnęła się i mrugnęła do niej. Merr jęknęła słysząc to.
- Cieszę się, że nie jestem na jej miejscu – Paweł zaśmiał się.
- Oj nie. Wy też będziecie się u mnie uczyć! Skoro jedziecie z nami to też musicie zdobyć jakąś wiedzę. Nie patrzcie tak na mnie! – Dorota nachmurzyła się widząc wzrok, jakim spiorunowali ją bliźniacy.
- Dorota ma rację. A teraz wybaczcie, ale chciałabym prosić o ciszę, bo Karata uczy mnie… uczy mnie… Czegoś tam mnie uczy i nie mogę się skupić.
- Dziękuję Merr…
- No cisza! Nic jej nie nauczę, gdy będziecie gadać. A na marginesie Merr, moja droga teraz masz sobie przyswoić medytację! – Smoczyca parsknęła i stuknąwszy mocno kopytem o ziemię pojechała na przód.
Cała czwórka umilkła wpatrując się w dziewczynę na smoko-koniu. Co po niektórzy westchnęli i jechali dalej w ciszy wsłuchując się w odgłosy lasu.
Wiatr szumiał poruszając gałęziami drzew w jakimś udziwnionym tańcu. Niektóre liście spadały piruetami pod końskie kopyta, gdzie kończyły swój występ po wieczność.
Piątka wędrowców poruszała się żwawo przed siebie w kierunku portu Melisa, który leżał na północ od góry Skalnej. Mieli do przebycia długą drogę konno, gdyż Karata nie chcąc zwracać na siebie uwagi postanowiła, że zostanie koniem i będą jechać jak zwyczajni wędrowcy.
Piotr, co chwilę spoglądał w przód na Merr i myślał o niej i o tym, co się ostatnio zdarzyło, co ma się zdarzyć i co mogło się zdarzyć. Chłopak zawsze znany był z częstego uciekania w podświadomość gdzie dzięki bujnej wyobraźni przetwarzał wszystkie, „ale” i „gdyby”. Niestety, pomysły te nigdy nie trzymały się mocno rzeczywistości.
Nad ich głowami przeleciał wielki sokół. Jego piękno i majestat zachwycały. Merr spojrzała na niego.
Karata nie była tym zadowolona.
<< Nie rozpraszaj się! >>
<< To przecież tylko ptak >>
Dziewczyna westchnęła.
„Wcale nie taki zwykły. To rzadki gatunek.”
Zawahała się.
„Czy ty nie potrafisz cieszyć się z tak prostych rzeczy?”
<< Gdybym to robiła to już dawno leżałabym martwa. W naszej sytuacji musisz zapomnieć o beztrosce i wiecznym szczęściu >>
„Ale ja nie chcę!”
<< Nie umiem ci tego wytłumaczyć, ale tak trzeba, a zresztą kiedyś to zrozumiesz, gdy będziesz musiała kogoś zabić >>
Smoczyca zamilkła.
„Ale…”
Merr zaprzestała prób przekonania Karaty, że się myli.
<< Skup się i spróbuj się wyciszyć. Sięgnij w głąb siebie. >>
Nauczycielka podawała jej instrukcje a dziewczyna cierpliwie je wypełniała. W końcu zadowolona smoczyca pochwaliła ją.
„Naprawdę dobrze mi poszło?!”
<< Czemu tak uważasz?! >>
„Sama tak powiedziałaś!”
<< Zdawało ci się. Ćwicz dalej! Do większości zaklęć potrzeba głębokiej koncentracji, a gdy się jej nauczysz, to w przyszłości będziesz to robiła bezwiednie >>
Merr burknęła coś pod nosem i pomyślała o swoim wnętrzu, o mały włos się nie roześmiała.
„Nie… zdecydowanie to nie działa. Jak ja mam to zrobić?” zapytała sama siebie.
Nagle ni stąd, nie zowąd przed oczami pojawiła się polana rajskiej doliny, w której kiedyś mieszkała Karata. Cudowny zapach otoczył ją i przyciągnął. Znalazła się na pięknej polanie. W pewnym momencie coś zaczęło się zmieniać. Teraz stała pośrodku wielkiego koła kwiatów, na którego środku rosła największa wierzba, jaką dziewczyna kiedykolwiek widziała. Tam gdzie wcześniej polana przechodziła w las u nosiły się kamienne słupy w różnych kolorach. Za nimi głębiły się tęczowe mgły. Merr z zachwytu nie mogła nic powiedzieć. Bezwiednie spojrzała w niebo, które miało niebieski kolor i na którym kłębiły się w niektórych miejscach czerwonawe obłoczki.
„Czyżbym była w swoim wnętrzu?” Pytanie skierowała do swej nauczycielki. Jednak odpowiedział jej tylko śpiew ptaków i szelest liści. Zdziwiła się wpierw, lecz przypomniała sobie, co powiedziała jej, smoczyca: „Do twego umysłu, twej warowni, nie może dostać się nikt bez twego zaproszenia, chyba, że ktoś silniejszy od ciebie próbuje wtargnąć do twej podświadomości”. Rozejrzała się jeszcze raz. Zauważyła, że każde dwie kolumny łączą się w bramę, których było sześć.
„Jeszcze trochę za cicho” pomyślała.
W jednej chwili usłyszała plusk strumyczka wypływającego spomiędzy korzeni wierzby, kierujących się pomiędzy szpary między bramami. Tam podskakiwały niespodziewanie do góry i tworzyły fontanny. „Jak tu teraz pięknie. Jak z bajki” zaśmiała się w myślach.
Usiadła pod drzewem. „Ciekawe czy o to chodziło Karacie. Mam nadzieję, że uwierzy mi jak jej to opowiem.” Spojrzała na wierzbę. „Ale jestem głodna. Ciekawe czy mogłyby wyrosnąć tu jakieś owoce?” Zastanowiła się i w jednej chwili na wierzbie pojawiła się masa różnych owoców, a w niektórych miejscach pojawiły się kolorowe kwiaty. Rozradowana dziewczyna pisnęła i chwyciła jeden z owoców. Smakował wspaniale, jednak nic nim się nie najadła, choć czuła się świeższa na umyśle. „Nic dziwnego. Przecież moja wyobraźnia nie może mnie nakarmić” zaśmiała się. Spojrzała na niebo, które należało tylko do niej i na które tylko ona mogła patrzeć. „Czas wracać” rozejrzała się ostatni raz i wyobraziła sobie, że opuszcza swój umysł i znajduje się w realnym świecie. Na chwile pociemniało jej przed oczami, lecz po chwili otworzywszy je zobaczyła, że siedzi na końskim grzbiecie i jedzie przez pola.
- Nareszcie się ocknęłaś! Co ty robiłaś? Spałaś?! – Kasia spojrzała na nią kwaśnie.
Merr tylko uśmiechnęła się tajemniczo i nawiązała kontakt z Karatą.
„Udało mi się!”
<< Wiem. Czułam wibracje >>
„Jakie wibracje?”
<< Magię można wyczuć. Tego też cię nauczę, gdyż może okazać się potrzebne. Dobrze jest wyczuwać magię, ponieważ można dzięki temu określić, czy jest „dobra” czy „zła” >>
Na tym skończyła się rozmowa, gdyż smoczyca nagle zamilkła. Dziewczyna postanowiła trochę odpocząć, bowiem poczuła jak bardzo wyczerpało ją to „połączenie
Jeśli chcecie poznac więcej szczegółów to napiszcie mi! www.amenke@wp.pl